Rozdział IX cz. 2
Sobota. Nadal nie mogę uwierzyć w to, że mi się udało. Już za parę dni lecę do Nowego Jorku na staż u Wanga! Cały czas zastanawia mnie, czy tak mało osób brało udział w konkursie, czy to ja jestem na tyle dobra, żeby znaleźć się w ścisłej czołówce. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak spakować walizki i wyruszyć na drugi koniec Stanów Zjednoczonych.
Jednak ciężko będzie mi się rozstać z Billy'm. Ostatnio zaczynałam wątpić w naszą relację, ale przeprosił mnie i wyjaśnił, że nie jest to dla niego łatwe. Rozumiem go, ale i tak czuję się zawiedziona jego reakcją. Wydawało mi się, że miesiąc to naprawdę nie jest dużo. W zasadzie nawet się nad tym nie zastanawiałam - traktowałam to jako oczywistość i nawet przez myśl mi nie przeszło, że pojawią się jakiekolwiek komplikacje, jeśli się dostanę (czego, swoją drogą, i tak się nie spodziewałam). W każdym razie, dzisiaj jedziemy na kolację do centrum. Już nie mogę się doczekać aż się z nim spotkam. Na tę okazję przygotowałam specjalny outfit. Nowa sukienka, którą kupiłam ostatnio na zakupach z dziewczynami. Jest cudowna - delikatny, zwiewny materiał w połączeniu z kwiecistym wzorem. Do tego przecudowna różowa torebka, która tylko czekała na swoją premierę. Kiedy ją kupowałam czułam się co najmniej jak Paris, ale muszę stwierdzić, że to naprawdę dobry zakup i dzisiaj sprawdzi się idealnie. Dobrałam jeszcze nie rzucające się w oczy szpilki i srebrną biżuterię, która tylko subtelnie błyska i dopełnia mój makijaż, na który poświęciłam chyba z godzinę.
Billy podjechał po mnie o 18:00, co jest rozsądną decyzją, biorąc pod uwagę ile czasu zajmie nam dotarcie do downtown.
- Uwielbiam na ciebie patrzeć. - oznajmił na przywitanie, co dodatkowo podkreśliło kolor różu na moich policzkach.
- Jak ci minął dzień? Chyba miałeś dużo na głowie, bo prawie się nie odzywałeś. - zaczęłam
- Tak... Strasznie ciężko. Musiałem pomóc rodzicom, wiesz, nowy biznes taty. Pomagałem mu wszystko ogarnąć i nawet nie miałem czasu zerknąć na telefon. Cud, że się wyrobiłem. Ale już jestem i mam nadzieję, że uda mi się to tobie wynagrodzić. - powiedział. Chyba go kocham, bo biorąc pod uwagę, że nawet o tym wczoraj nie wspomniał, nie mam siły się na niego gniewać. Wystarczy, że na niego popatrzę. Umięśnione ramiona i te dołeczki, gdy się uśmiecha. Za każdym razem czuję ten ścisk, który tylko potęguje wszystkie uczucia i sprawia, że jeszcze bardziej przypomina mi o tym, jak bardzo jestem głodna.
- Nie wątpię. - odpowiedziałam, nieudolnie starając się zachować resztki stanowczości.
- No nie mów, że się gniewasz.
- Nie gniewam się, nieważne...
- A ty jak spędziłaś sobotę? - zapytał.
- Miałam do wypełnienia parę dokumentów przed wyjazdem i takie tam. Można uznać, że się relaksowałam. Do wyjazdu zostało parę dni.
- Nawet mi nie mów. Miesiąc bez Jen...
- Już się tak nie rozczulaj. To tylko miesiąc. Dasz sobie radę beze mnie.
- To prawda, ale na pewno nie będzie tak przyjemnie. Jen, chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę mi na Tobie zależy. Wiem, że z pewnej perspektywy może to nie brzmieć wiarygodnie, ale tak jest. Zmieniłaś mnie. Naprawdę chcę być z Tobą. Na poważnie. - wyznał, po czym ruszył spod mojego domu. Dobrze, że siedzę, bo czuję, że moje nogi nie byłyby w stanie wytrzymać takich słów. Ma mnie. Przepadłam.
To jest tak nieziemski chłopak! Odbiegając od aspektów fizycznych, on ma tak ogromne serce. Naprawdę sprawia, że ciągle się uśmiecham i mam nadzieję, że nie odbiera tego negatywnie. W moim brzuchu fajerwerki jak na 4. lipca. Reszta wieczoru była magiczna i chyba nie muszę mówić więcej. Nigdy nie czułam się aż tak dobrze. No i dawno tak dobrze nie jadłam. Ach. To tylko odbiera mi chęć wyjazdu, ale może dobrze nam zrobi taka rozłąka. Musi.
Billy podjechał po mnie o 18:00, co jest rozsądną decyzją, biorąc pod uwagę ile czasu zajmie nam dotarcie do downtown.
- Uwielbiam na ciebie patrzeć. - oznajmił na przywitanie, co dodatkowo podkreśliło kolor różu na moich policzkach.
- Jak ci minął dzień? Chyba miałeś dużo na głowie, bo prawie się nie odzywałeś. - zaczęłam
- Tak... Strasznie ciężko. Musiałem pomóc rodzicom, wiesz, nowy biznes taty. Pomagałem mu wszystko ogarnąć i nawet nie miałem czasu zerknąć na telefon. Cud, że się wyrobiłem. Ale już jestem i mam nadzieję, że uda mi się to tobie wynagrodzić. - powiedział. Chyba go kocham, bo biorąc pod uwagę, że nawet o tym wczoraj nie wspomniał, nie mam siły się na niego gniewać. Wystarczy, że na niego popatrzę. Umięśnione ramiona i te dołeczki, gdy się uśmiecha. Za każdym razem czuję ten ścisk, który tylko potęguje wszystkie uczucia i sprawia, że jeszcze bardziej przypomina mi o tym, jak bardzo jestem głodna.
- Nie wątpię. - odpowiedziałam, nieudolnie starając się zachować resztki stanowczości.
- No nie mów, że się gniewasz.
- Nie gniewam się, nieważne...
- A ty jak spędziłaś sobotę? - zapytał.
- Miałam do wypełnienia parę dokumentów przed wyjazdem i takie tam. Można uznać, że się relaksowałam. Do wyjazdu zostało parę dni.
- Nawet mi nie mów. Miesiąc bez Jen...
- Już się tak nie rozczulaj. To tylko miesiąc. Dasz sobie radę beze mnie.
- To prawda, ale na pewno nie będzie tak przyjemnie. Jen, chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę mi na Tobie zależy. Wiem, że z pewnej perspektywy może to nie brzmieć wiarygodnie, ale tak jest. Zmieniłaś mnie. Naprawdę chcę być z Tobą. Na poważnie. - wyznał, po czym ruszył spod mojego domu. Dobrze, że siedzę, bo czuję, że moje nogi nie byłyby w stanie wytrzymać takich słów. Ma mnie. Przepadłam.
To jest tak nieziemski chłopak! Odbiegając od aspektów fizycznych, on ma tak ogromne serce. Naprawdę sprawia, że ciągle się uśmiecham i mam nadzieję, że nie odbiera tego negatywnie. W moim brzuchu fajerwerki jak na 4. lipca. Reszta wieczoru była magiczna i chyba nie muszę mówić więcej. Nigdy nie czułam się aż tak dobrze. No i dawno tak dobrze nie jadłam. Ach. To tylko odbiera mi chęć wyjazdu, ale może dobrze nam zrobi taka rozłąka. Musi.
Komentarze
Prześlij komentarz