Rozdział VII cz. 1
Pani Mester poprosiła mnie o wyjście z sali, po czym zaprosiła jeszcze Ashley, Monicę i Jasmine, prawdopodobnie nie dowiedzieli się od nich niczego konkretnego. Tak myślę. Pod szkołą czekał na nas policjant wraz z wozem policyjnym. Zerknęłam na Billy'ego.Nie było mu do śmiechu, mi również. On jak zwykle nie za bardzo zwracał na mnie uwagę, co innego dziewczyny.
- Jen, boję się, a ty? - zaczęła Monica.
- Nawet nie chcę tego wiedzieć. Nie chcę o tym myśleć. - odpowiedziałam cicho. Weszliśmy do samochodu. Nie miałam pojęcia czy będziemy długo jechać. Nie mam bladego pojęcia gdzie jest ten szpital. Kurczowo spoglądałam na zegar w moim telefonie, mimo, że minęło kilka minut, a my już byliśmy na miejscu czułam się jakby mijały wieki, czas strasznie się dłużył. Weszliśmy na teren szpitala. Kazali nam czekać na zewnątrz, widziałam go tylko przez szybę. Na horyzoncie zauważyliśmy lekarza.
- Dzień dobry. - rozpoczął rozmowę.
- Dzień dobry. - mruknął pod nosem każdy z nas.
- Liam miał dużo szczęścia. Substancja nie wyrządziła szkód w jego organizmie zagrażających życiu, teraz będziemy oczyszczać jego wątrobę, w ciągu najbliższej doby powinien obudzić się ze śpiączki.
- Całe szczęście. - szepnęła Ashley, w jej głosie słychać było ulgę.
Po niecałej godzinie na korytarzu pojawiła się kobieta o ciemnej karnacji. Miała czarne, grube włosy związane w koński ogon, ubrana była w czarną, ołówkową spódnicę oraz koszulę w kolorze ecru, na swoich dziesięciocentymetrowych szpilkach zbliżała się do nas żwawym krokiem.
- To mama Liama. - powiedziała pod nosem Monica, po czym kobieta podeszła do nas z łzami w oczach, pytając:
- Liam...? Czy to prawda?
- Brał, ale lekarz kazał być dobrej myśli, mają przeczyszczać mu wątrobę, potem ma się wybudzić. Wszystko będzie dobrze, proszę pani. - opowiedziała Ashley.
- Czy wy też? - dopytywała matka chłopaka.
- Nie. - odpowiedziałam
- Ja też nie. - dodała Jasmine.
- Nie. - dopowiedziała Ash, a Monica pokręciła głową przecząco. Billy nie odpowiedział nic, dopiero potem, kiedy pani Lewis spytała się:
- Billy, a ty?
- Nie. - odpowiedział krótko. Kłamał? Może boi się przyznać? Wolę jednak myśleć, że mówił prawdę. Kobieta złapała jakiegoś lekarza i weszła z nim do gabinetu. Siedziała tam dość długo.
- Ej, wiedzieliście? - zaczęła Jasmine.
- Nie! - krzyknęłam, po czym łzy ponownie spłynęły mi po policzkach.
- Jen, uspokój się, spokojnie, okej? - powiedziała Monica, próbując mnie uspokoić.
- Wszystko będzie dobrze. Liamowi nic nie będzie, jest silny, nawet go nie znasz. - powiedziała po cichu Ashley i przytuliła mnie.
- Właśnie, ja go w ogóle nie znam. - odpowiedziałam i rozbeczałam się jeszcze bardziej.
- Czemu tak to przeżywasz? To smutne dla nas wszystkich, ale spokojnie, wszystko będzie dobrze, musi. - mówiła dalej Ashley.
- Hm... - pociągnął krótko Billy, a ja spojrzałam na niego i przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy, jego były przepełnione współczuciem i ironią, moje smutkiem, żalem, złością, miłością i wszystkim zarazem. Może tak naprawdę nie kocham żadnego z nich? Może inaczej... żaden z nich nie jest przeznaczony dla mnie? Mam wrażenie, że Billy nigdy nic do mnie nie poczuje, dla niego jestem zwykłą koleżanką (co właściwie mi w nim imponuje?), a Liam pocałował mnie z litości, po prostu. Za to ja jestem w tym wszystkim najbardziej zagubiona. Martwię się o to co jest, co będzie, każdy mój oddech jest ciężki.
- To jak wracamy? Nie ma sensu tu siedzieć. Przyjedziemy jutro, jak się obudzi. - postanowiła Jasmine.
- Masz rację, to dobry pomysł. - dodała Ashley.
- Tak będzie lepiej. - mruknęłam i powędrowałam za grupą do radiowozu. Po kilkunastu minutach znalazłam się pod domem. Tata aż zbladł, gdy zobaczył mnie wychodzącą z furgonetki.
- Jennifer, co ty tam robiłaś, nie podoba mi się to, czekam na wytłumaczenie. - krzyknął na przywitanie, widząc mnie ze smutkiem na twarzy.
- Spokojnie, tato. - próbowała uspokoić Michele.
- Cześć, tak w ogóle. - zaczęłam.
- Co się stało? - dopytywała przerażona mama.
- Byłam w szpitalu, Liam, mój kolega stracił przytomność w szkole.
- A co do tego ma policja? - nie dowierzał.
- No bo... - zaczęłam, przez chwilę wahałam się czy nie zmyślić, ale prędzej czy później i tak się pewnie dowie.
- Bo to przez narkotyki. Brał, stracił przytomność. - wydusiłam, starając się zachować spokój.
- No to ładne masz towarzystwo, pewnie wszyscy ćpają, a może ty też? Nie do wiary jak się zmieniłaś, zmiana otoczenia i proszę, na dobre ci to nie wyjdzie.
- Tato, ja nawet nie wiedziałam, że bierze i nie, oni nie biorą, ja też nie. Nie mieszaj ich do tego, nikt nie wiedział, że brał, aż do dzisiaj. Z resztą to chyba nie ja chciałam się stamtąd wyprowadzać.
- No ja mam nadzieję, że nie bierzesz, ale oni biorą, biorą na pewno. Jestem tego przekonany.
- Nie do wiary, prawnik, a taki naiwny. Jak można tak bezpodstawnie kogoś osądzać i obrażać. - wtrąciła Michele stając w mojej obronie.
- Mówiłaś coś, Michele? - spytał sarkastycznie.
- Tak, jako prawnik nie powinieneś nikogo osądzać. - dodała.
- Mam swoje podstawy, by tak twierdzić.
- A co? Robiłeś im badania? Zaglądałeś do toreb? A może widziałeś jak ćpają? Twoje zaufanie całkiem zmalało, nie ufasz własnej córce? A do tego jakie masz podstawy? Czy ty w ogóle masz do nas choć trochę zaufania? Czy kiedykolwiek miałeś? - wykrzykiwała Mich, nadając rozmowie dość ogólny temat. Widać było jak bardzo tego potrzebowała.
- Mamo, idę na górę. - szepnęłam. Weszłam, rozpakowałam torbę i usiadłam. Miałam dosyć wszystkiego, nie miałam nawet ochoty odpalić lapka ani tym bardziej szkicować. Nie miałam na nic ochoty. Byłam wszystkim zmęczona. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziłam się rano, w ubraniach z poprzedniego dnia. Obudziłam się z tą samą głupią nadzieją, która towarzyszy mi każdego poranka. Pierwsze co... spojrzałam na telefon, ale nie było żadnej wiadomości. Wzięłam kąpiel, miałam jeszcze trochę czasu zanim pójdę do szkoły. Była 04:30. Zasnęłam około 19:00, więc nie miałam już dłużej ochoty na sen.
- Jen, boję się, a ty? - zaczęła Monica.
- Nawet nie chcę tego wiedzieć. Nie chcę o tym myśleć. - odpowiedziałam cicho. Weszliśmy do samochodu. Nie miałam pojęcia czy będziemy długo jechać. Nie mam bladego pojęcia gdzie jest ten szpital. Kurczowo spoglądałam na zegar w moim telefonie, mimo, że minęło kilka minut, a my już byliśmy na miejscu czułam się jakby mijały wieki, czas strasznie się dłużył. Weszliśmy na teren szpitala. Kazali nam czekać na zewnątrz, widziałam go tylko przez szybę. Na horyzoncie zauważyliśmy lekarza.
- Dzień dobry. - rozpoczął rozmowę.
- Dzień dobry. - mruknął pod nosem każdy z nas.
- Liam miał dużo szczęścia. Substancja nie wyrządziła szkód w jego organizmie zagrażających życiu, teraz będziemy oczyszczać jego wątrobę, w ciągu najbliższej doby powinien obudzić się ze śpiączki.
- Całe szczęście. - szepnęła Ashley, w jej głosie słychać było ulgę.
Po niecałej godzinie na korytarzu pojawiła się kobieta o ciemnej karnacji. Miała czarne, grube włosy związane w koński ogon, ubrana była w czarną, ołówkową spódnicę oraz koszulę w kolorze ecru, na swoich dziesięciocentymetrowych szpilkach zbliżała się do nas żwawym krokiem.
- To mama Liama. - powiedziała pod nosem Monica, po czym kobieta podeszła do nas z łzami w oczach, pytając:
- Liam...? Czy to prawda?
- Brał, ale lekarz kazał być dobrej myśli, mają przeczyszczać mu wątrobę, potem ma się wybudzić. Wszystko będzie dobrze, proszę pani. - opowiedziała Ashley.
- Czy wy też? - dopytywała matka chłopaka.
- Nie. - odpowiedziałam
- Ja też nie. - dodała Jasmine.
- Nie. - dopowiedziała Ash, a Monica pokręciła głową przecząco. Billy nie odpowiedział nic, dopiero potem, kiedy pani Lewis spytała się:
- Billy, a ty?
- Nie. - odpowiedział krótko. Kłamał? Może boi się przyznać? Wolę jednak myśleć, że mówił prawdę. Kobieta złapała jakiegoś lekarza i weszła z nim do gabinetu. Siedziała tam dość długo.
- Ej, wiedzieliście? - zaczęła Jasmine.
- Nie! - krzyknęłam, po czym łzy ponownie spłynęły mi po policzkach.
- Jen, uspokój się, spokojnie, okej? - powiedziała Monica, próbując mnie uspokoić.
- Wszystko będzie dobrze. Liamowi nic nie będzie, jest silny, nawet go nie znasz. - powiedziała po cichu Ashley i przytuliła mnie.
- Właśnie, ja go w ogóle nie znam. - odpowiedziałam i rozbeczałam się jeszcze bardziej.
- Czemu tak to przeżywasz? To smutne dla nas wszystkich, ale spokojnie, wszystko będzie dobrze, musi. - mówiła dalej Ashley.
- Hm... - pociągnął krótko Billy, a ja spojrzałam na niego i przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy, jego były przepełnione współczuciem i ironią, moje smutkiem, żalem, złością, miłością i wszystkim zarazem. Może tak naprawdę nie kocham żadnego z nich? Może inaczej... żaden z nich nie jest przeznaczony dla mnie? Mam wrażenie, że Billy nigdy nic do mnie nie poczuje, dla niego jestem zwykłą koleżanką (co właściwie mi w nim imponuje?), a Liam pocałował mnie z litości, po prostu. Za to ja jestem w tym wszystkim najbardziej zagubiona. Martwię się o to co jest, co będzie, każdy mój oddech jest ciężki.
- To jak wracamy? Nie ma sensu tu siedzieć. Przyjedziemy jutro, jak się obudzi. - postanowiła Jasmine.
- Masz rację, to dobry pomysł. - dodała Ashley.
- Tak będzie lepiej. - mruknęłam i powędrowałam za grupą do radiowozu. Po kilkunastu minutach znalazłam się pod domem. Tata aż zbladł, gdy zobaczył mnie wychodzącą z furgonetki.
- Jennifer, co ty tam robiłaś, nie podoba mi się to, czekam na wytłumaczenie. - krzyknął na przywitanie, widząc mnie ze smutkiem na twarzy.
- Spokojnie, tato. - próbowała uspokoić Michele.
- Cześć, tak w ogóle. - zaczęłam.
- Co się stało? - dopytywała przerażona mama.
- Byłam w szpitalu, Liam, mój kolega stracił przytomność w szkole.
- A co do tego ma policja? - nie dowierzał.
- No bo... - zaczęłam, przez chwilę wahałam się czy nie zmyślić, ale prędzej czy później i tak się pewnie dowie.
- Bo to przez narkotyki. Brał, stracił przytomność. - wydusiłam, starając się zachować spokój.
- No to ładne masz towarzystwo, pewnie wszyscy ćpają, a może ty też? Nie do wiary jak się zmieniłaś, zmiana otoczenia i proszę, na dobre ci to nie wyjdzie.
- Tato, ja nawet nie wiedziałam, że bierze i nie, oni nie biorą, ja też nie. Nie mieszaj ich do tego, nikt nie wiedział, że brał, aż do dzisiaj. Z resztą to chyba nie ja chciałam się stamtąd wyprowadzać.
- No ja mam nadzieję, że nie bierzesz, ale oni biorą, biorą na pewno. Jestem tego przekonany.
- Nie do wiary, prawnik, a taki naiwny. Jak można tak bezpodstawnie kogoś osądzać i obrażać. - wtrąciła Michele stając w mojej obronie.
- Mówiłaś coś, Michele? - spytał sarkastycznie.
- Tak, jako prawnik nie powinieneś nikogo osądzać. - dodała.
- Mam swoje podstawy, by tak twierdzić.
- A co? Robiłeś im badania? Zaglądałeś do toreb? A może widziałeś jak ćpają? Twoje zaufanie całkiem zmalało, nie ufasz własnej córce? A do tego jakie masz podstawy? Czy ty w ogóle masz do nas choć trochę zaufania? Czy kiedykolwiek miałeś? - wykrzykiwała Mich, nadając rozmowie dość ogólny temat. Widać było jak bardzo tego potrzebowała.
- Mamo, idę na górę. - szepnęłam. Weszłam, rozpakowałam torbę i usiadłam. Miałam dosyć wszystkiego, nie miałam nawet ochoty odpalić lapka ani tym bardziej szkicować. Nie miałam na nic ochoty. Byłam wszystkim zmęczona. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziłam się rano, w ubraniach z poprzedniego dnia. Obudziłam się z tą samą głupią nadzieją, która towarzyszy mi każdego poranka. Pierwsze co... spojrzałam na telefon, ale nie było żadnej wiadomości. Wzięłam kąpiel, miałam jeszcze trochę czasu zanim pójdę do szkoły. Była 04:30. Zasnęłam około 19:00, więc nie miałam już dłużej ochoty na sen.
Komentarze
Prześlij komentarz